17 października

Obudziło mnie lepkie, brudnozielone i zimne światło poranka. Otwierając oczy zobaczyłam niemal od razu obrazy na ścianach, były tak kusząco zamglone, aż prosiły się, bym wytarła je swoim własnym kręgosłupem. (...) Ubrana w czarną sukienkę usiadłam w fotelu, patrzyłam przez duże okno, sprawdzałam jak wygląda dziś świat i czy dużo w nim ludzi. Wszystko w głowie głaskało się wzajemnie tylko do zimnej przestrzeni starannie ułożonej i zabezpieczonej, potem były tylko rozpaczliwe myśli, nawlekanie butwiejącą ziemią. Drewnianą szczotką rozczesywałam niedokończone opowieści w głowie, które z jakiegoś powodu nie mogły znaleźć swojego końca, a ja nie potrafiłam im pomóc, samej nie mogąc znaleźć odpowiedniego napędu. Zmęczyły mnie te wiecznie niespokojne sny, pełne chorych wizji. (...) We włosach wplecione kości. Czarny różaniec opleciony wokół dłoni, jak bluszcz na nagrobkach.
(...) Przy jednym z tych szczególnych grobów, poczułam niebywały smutek. Rośnie przy nim krzak róży, jego kwiaty są uzupełnieniem woskowej nagości. Tym razem nie było kwiatów, nie aż tyle ile powinno być. Ostały się trzy - trzy blade skrwawione pączki modlitw. I mnóstwo kolców. Wyciągnęłam palec wskazujący i wbiłam go, mocno, jeszcze mocniej. Kolec we mnie, tam głęboko. Przyjemny ból ziemi, w głębi ciała. Przenikał. Nie było krwi. Zaczęłam krwawić dopiero kiedy wyszłam z cmentarza, a krew z palca była niesamowitą czerwienią, którą pokryłam dolną wargę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz