Jestem dziewczynka z mandragory... W moich włosach chronią się ćmy.
1 XII 2015
Jego malutkie czarne ciało porzucone na cmentarnej alei. Leżał na prawym boku, czarne połyskujące atramentem i ciemną zielenią, głęboką ziemią i wnętrzem drzew, skrzydła złożone, spokojnie odpoczywające po dalekim locie. Wyglądał zupełnie jakby spał. Jak gdyby ze spokojem przyjmował śmierć, ze spokojem, na który tylko tym dostojnym istnieniom ciepłą dłoń kładzie Światło.
Moje palce na jego skrzydłach, powoli zatapiające się w piórach, a potem w górę, na zimny mocny dziób. Palcem wskazującym, zewnętrzną stroną, głaskałam czarnego ptaka po główce, spokojne melodie, wydobywające się gdzieś z głębi gardła. Pieśni pogrzebanych, złote światło wyznaczające drogę. I tylko łzy, złość na siebie, że nie uratowałam, że mogłam jedynie zdobyć się na tych kilka spokojnych gestów, choć w głębi kolejne podmuchy wiatru rujnowały puste pokoje, ciemne wnętrza, podłogi pełne suchych gałęzi. I miliony par oczu wpatrujących się w ogień.
Skowyt zwierząt.
Gęsta, pajęcza nić. Najmniejsze zwierzęta wędrują po suficie.
Strach spływa falami, kumuluje się, rozrywa ostatnie włókna jedności, metafizycznej przestrzeni między
Szponami rozrywają włosy, widma idą tuż za mną, czarnymi materiałami zasłaniają oczy bo wiedzą, że ślepota bywa najdotkliwszym i najgłębszym wyznacznikiem rozpaczy
Nic nie wskazywało na to, że powolny proces rozkładu przyspieszy w tak znaczącym momencie, bo dlaczego właśnie wtedy? dlaczego właśnie przez niego i dlaczego ta intensywność każe mi paść na kolana i błagać o wybawienie - bo widocznie wie, co czeka takich grzeszników i potępieńców, złych umarłych, przepełnionych smutkiem w swoich zimnych oczach, w których pływa wilgotne złoto. Jestem legionem umarłych.
Zwida jako kobieta w czarnych sukniach i kłębowiskiem szaleństwa w głowie, zwierzęta liżą rany, czarne ptaki próbują naprawić mój różaniec.
Rozścielamy białe obrusy, Księżyc zapraszamy do uczty.
Na wzgórzu z kości i pereł.
I chroń mnie przede mną samą.
Moje palce na jego skrzydłach, powoli zatapiające się w piórach, a potem w górę, na zimny mocny dziób. Palcem wskazującym, zewnętrzną stroną, głaskałam czarnego ptaka po główce, spokojne melodie, wydobywające się gdzieś z głębi gardła. Pieśni pogrzebanych, złote światło wyznaczające drogę. I tylko łzy, złość na siebie, że nie uratowałam, że mogłam jedynie zdobyć się na tych kilka spokojnych gestów, choć w głębi kolejne podmuchy wiatru rujnowały puste pokoje, ciemne wnętrza, podłogi pełne suchych gałęzi. I miliony par oczu wpatrujących się w ogień.
Skowyt zwierząt.
Gęsta, pajęcza nić. Najmniejsze zwierzęta wędrują po suficie.
Strach spływa falami, kumuluje się, rozrywa ostatnie włókna jedności, metafizycznej przestrzeni między
Szponami rozrywają włosy, widma idą tuż za mną, czarnymi materiałami zasłaniają oczy bo wiedzą, że ślepota bywa najdotkliwszym i najgłębszym wyznacznikiem rozpaczy
Nic nie wskazywało na to, że powolny proces rozkładu przyspieszy w tak znaczącym momencie, bo dlaczego właśnie wtedy? dlaczego właśnie przez niego i dlaczego ta intensywność każe mi paść na kolana i błagać o wybawienie - bo widocznie wie, co czeka takich grzeszników i potępieńców, złych umarłych, przepełnionych smutkiem w swoich zimnych oczach, w których pływa wilgotne złoto. Jestem legionem umarłych.
Zwida jako kobieta w czarnych sukniach i kłębowiskiem szaleństwa w głowie, zwierzęta liżą rany, czarne ptaki próbują naprawić mój różaniec.
Rozścielamy białe obrusy, Księżyc zapraszamy do uczty.
Na wzgórzu z kości i pereł.
I chroń mnie przede mną samą.
12 sierpnia 2014
Wczorajszej nocy śniłaś mi się ubrana w czarną, koronkową suknie, podobną do mojej i obie kroczyłyśmy alejkami nieznanego mi miejsca - nie widziałam go jeszcze nigdy w Snach ani Wizjach. Potem zabrałam Cię do mojego domu, od razu wbiegłaś do pokoju oświetlonego milionem świec i nie zważając na nie, z impetem oparłaś dłonie o parapet, wychylając się przez okno, wzrokiem nerwowo czegoś szukając. Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam o co chodzi, w końcu zrobiłam nam herbatę, wszystko miało być Wyjątkowe i Czułe, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło. To jedynie euforia w Twoich oczach i okrzyk radości, że nigdy wcześniej nie widziałaś niczego piękniejszego. Stojąc tuż przy Tobie spojrzałam przez okno mojego własnego lokum. Widać z niego Dolinę Śmierci, ale tego dnia wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Świat wokół był przytłumiony, jedynie w tamtym oddalonym od nas miejscu spoczywały promienie słońca oświetlając najpiękniejsze kolory i ryk dzikich zwierząt, śpiew najpiękniejszych ptaków. Kiedyś tak będzie, będzie.
1 listopada
Zamyka oczy. Rozgląda się po pustce, nasłuchuje. Tego zmysłu nie udało im się upośledzić, a nawet mocno się rozwinął, tak mocno, że ciało powoli nie jest w stanie utrzymać tej czarnej materii rozrastającej się głęboko w niej. Ciche skrobanie. Twardnienie metalu, ściany zamieniają się w piasek, mgła dostaje się pod zamknięte powieki.
Była ich starożytną kapłanką. Po pewnym czasie zdali sobie sprawę, jak stare istnienie mają przed sobą i jak groźne. Ona jedna zgłębiła te obszary magii, do których nikt nie zdołał dotrzeć. To w jej oczach kryły się prawdziwe popioły zmarłych, to z jej wypadających rzęs rodziły się jesienne liście.
Mieszkała w grobowcach Egipcjan. Przemierzała je głęboko wdychając drgającą martwą ciszę, spokojną wodę w zastygłych ciałach. Szepty wchodziły miarowo, wypełniając szczelnie jej głowę, by żadne wodospady nie zalały tej cichej miękkiej poczwarki, ukrytej i spowitej całunem.
Na Ołtarzach rozkładała obrusy, powolnymi ruchami wygładzała każdą fałdkę, zapalała ciemne świecie - przygotowani na przyjmowanie zmarłych.
Jej ulubionym miejscem była jaskinia, umieszczona jeszcze głębiej niż grobowce. Jaskinia przechowywała w sobie miliony bielejących kości, które tworzyły połyskujące piramidy. Robactwo powoli ssało pozostałości po szczątkach. Skłębione materiały, mumie zachowane niemal w idealnym stanie, ułożone u stóp białej piramidy. Chodziła w każde miejsca tej ogromnej komnaty widziadeł, wybierała najmniejsze kostki i chowała do płóciennego worka. Legiony widm opiekowały się tym pomieszczeniem i były jej posłuszne, a ona powoli kompletowała ciało swojej ukochanej Kobiety. Kostka po kostce.
Nocami kładła się na kamieniu, który niegdyś służył do usuwania organów, tworzenia mumii, i okrywała się całunem. Początkowo był biały, by wraz z tysiącami lat pożółknąć od zwłok, do których był przykładany by wydobyć tajemnice śmierci, tajemnice nietrwałości. Teraz jest niemal czarny jak pióra kruka, którym z oddaniem się opiekuje.
Cmentarzysko w jej ciele, zwierzęta które liżą jej rany.
Była ich starożytną kapłanką. Po pewnym czasie zdali sobie sprawę, jak stare istnienie mają przed sobą i jak groźne. Ona jedna zgłębiła te obszary magii, do których nikt nie zdołał dotrzeć. To w jej oczach kryły się prawdziwe popioły zmarłych, to z jej wypadających rzęs rodziły się jesienne liście.
Mieszkała w grobowcach Egipcjan. Przemierzała je głęboko wdychając drgającą martwą ciszę, spokojną wodę w zastygłych ciałach. Szepty wchodziły miarowo, wypełniając szczelnie jej głowę, by żadne wodospady nie zalały tej cichej miękkiej poczwarki, ukrytej i spowitej całunem.
Na Ołtarzach rozkładała obrusy, powolnymi ruchami wygładzała każdą fałdkę, zapalała ciemne świecie - przygotowani na przyjmowanie zmarłych.
Jej ulubionym miejscem była jaskinia, umieszczona jeszcze głębiej niż grobowce. Jaskinia przechowywała w sobie miliony bielejących kości, które tworzyły połyskujące piramidy. Robactwo powoli ssało pozostałości po szczątkach. Skłębione materiały, mumie zachowane niemal w idealnym stanie, ułożone u stóp białej piramidy. Chodziła w każde miejsca tej ogromnej komnaty widziadeł, wybierała najmniejsze kostki i chowała do płóciennego worka. Legiony widm opiekowały się tym pomieszczeniem i były jej posłuszne, a ona powoli kompletowała ciało swojej ukochanej Kobiety. Kostka po kostce.
Nocami kładła się na kamieniu, który niegdyś służył do usuwania organów, tworzenia mumii, i okrywała się całunem. Początkowo był biały, by wraz z tysiącami lat pożółknąć od zwłok, do których był przykładany by wydobyć tajemnice śmierci, tajemnice nietrwałości. Teraz jest niemal czarny jak pióra kruka, którym z oddaniem się opiekuje.
Cmentarzysko w jej ciele, zwierzęta które liżą jej rany.
15 października
A potem jadła swój żołądek, bo w domu nie było nic do jedzenia, zapomniała zrobić zakupy, w szafkach ostała się tylko kawa. Zatem zalewała wnętrze tym ciepłym napojem, który powinien dawać jej energię, jaką sama odnaleźć w sobie już nie potrafiła.
Rozdzierała materiały sukienek na wysokości kolan, a potem w to rozdarcie przyszywała najróżniejsze koronki - nakładając się na siebie tworzyły serwety, jakie kładło się na stół tylko w tych ważnych dniach. Wtedy to już była panika, nieprzemyślane działania, mające na celu ratowanie tego, co w strzępkach wisiało na jej nerwach, zakończeniach kości.
Zapach potu mieszający się z wonią migdałów. Nie mogła wytrzymać tych zapachów, które wraz z jej czynami stawały się intensywniejsze - budziły najgorsze wspomnienia, wydobywały je z głębin umysłu i przeciągały na stronę rzeczywistą. Nie mogła tego znieść, więc pocierała nos tak długo, aż ostała się tylko chrząstka. A ona nadal czuła zapachy. Zaczęła więc ćwiczyć bezruch. I to doprowadziło ją do szaleństwa, możliwe że było to zapoczątkowanie tego, co nigdy nie uda się wstrzymać i odratować. Zapach dymu.
17 października
Obudziło mnie lepkie, brudnozielone i zimne światło poranka. Otwierając oczy zobaczyłam niemal od razu obrazy na ścianach, były tak kusząco zamglone, aż prosiły się, bym wytarła je swoim własnym kręgosłupem. (...) Ubrana w czarną sukienkę usiadłam w fotelu, patrzyłam przez duże okno, sprawdzałam jak wygląda dziś świat i czy dużo w nim ludzi. Wszystko w głowie głaskało się wzajemnie tylko do zimnej przestrzeni starannie ułożonej i zabezpieczonej, potem były tylko rozpaczliwe myśli, nawlekanie butwiejącą ziemią. Drewnianą szczotką rozczesywałam niedokończone opowieści w głowie, które z jakiegoś powodu nie mogły znaleźć swojego końca, a ja nie potrafiłam im pomóc, samej nie mogąc znaleźć odpowiedniego napędu. Zmęczyły mnie te wiecznie niespokojne sny, pełne chorych wizji. (...) We włosach wplecione kości. Czarny różaniec opleciony wokół dłoni, jak bluszcz na nagrobkach.
(...) Przy jednym z tych szczególnych grobów, poczułam niebywały smutek. Rośnie przy nim krzak róży, jego kwiaty są uzupełnieniem woskowej nagości. Tym razem nie było kwiatów, nie aż tyle ile powinno być. Ostały się trzy - trzy blade skrwawione pączki modlitw. I mnóstwo kolców. Wyciągnęłam palec wskazujący i wbiłam go, mocno, jeszcze mocniej. Kolec we mnie, tam głęboko. Przyjemny ból ziemi, w głębi ciała. Przenikał. Nie było krwi. Zaczęłam krwawić dopiero kiedy wyszłam z cmentarza, a krew z palca była niesamowitą czerwienią, którą pokryłam dolną wargę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
