22 październik

Jej oddech znaczący moje ciało erotycznym nalotem mrozu i kurzu. Tęsknię za tym.

15 października

A potem jadła swój żołądek, bo w domu nie było nic do jedzenia, zapomniała zrobić zakupy, w szafkach ostała się tylko kawa. Zatem zalewała wnętrze tym ciepłym napojem, który powinien dawać jej energię, jaką sama odnaleźć w sobie już nie potrafiła.
Rozdzierała materiały sukienek na wysokości kolan, a potem w to rozdarcie przyszywała najróżniejsze koronki - nakładając się na siebie tworzyły serwety, jakie kładło się na stół tylko w tych ważnych dniach. Wtedy to już była panika, nieprzemyślane działania, mające na celu ratowanie tego, co w strzępkach wisiało na jej nerwach, zakończeniach kości.
Zapach potu mieszający się z wonią migdałów. Nie mogła wytrzymać tych zapachów, które wraz z jej czynami stawały się intensywniejsze - budziły najgorsze wspomnienia, wydobywały je z głębin umysłu i przeciągały na stronę rzeczywistą. Nie mogła tego znieść, więc pocierała nos tak długo, aż ostała się tylko chrząstka. A ona nadal czuła zapachy. Zaczęła więc ćwiczyć bezruch. I to doprowadziło ją do szaleństwa, możliwe że było to zapoczątkowanie tego, co nigdy nie uda się wstrzymać i odratować. Zapach dymu.

17 października

Obudziło mnie lepkie, brudnozielone i zimne światło poranka. Otwierając oczy zobaczyłam niemal od razu obrazy na ścianach, były tak kusząco zamglone, aż prosiły się, bym wytarła je swoim własnym kręgosłupem. (...) Ubrana w czarną sukienkę usiadłam w fotelu, patrzyłam przez duże okno, sprawdzałam jak wygląda dziś świat i czy dużo w nim ludzi. Wszystko w głowie głaskało się wzajemnie tylko do zimnej przestrzeni starannie ułożonej i zabezpieczonej, potem były tylko rozpaczliwe myśli, nawlekanie butwiejącą ziemią. Drewnianą szczotką rozczesywałam niedokończone opowieści w głowie, które z jakiegoś powodu nie mogły znaleźć swojego końca, a ja nie potrafiłam im pomóc, samej nie mogąc znaleźć odpowiedniego napędu. Zmęczyły mnie te wiecznie niespokojne sny, pełne chorych wizji. (...) We włosach wplecione kości. Czarny różaniec opleciony wokół dłoni, jak bluszcz na nagrobkach.
(...) Przy jednym z tych szczególnych grobów, poczułam niebywały smutek. Rośnie przy nim krzak róży, jego kwiaty są uzupełnieniem woskowej nagości. Tym razem nie było kwiatów, nie aż tyle ile powinno być. Ostały się trzy - trzy blade skrwawione pączki modlitw. I mnóstwo kolców. Wyciągnęłam palec wskazujący i wbiłam go, mocno, jeszcze mocniej. Kolec we mnie, tam głęboko. Przyjemny ból ziemi, w głębi ciała. Przenikał. Nie było krwi. Zaczęłam krwawić dopiero kiedy wyszłam z cmentarza, a krew z palca była niesamowitą czerwienią, którą pokryłam dolną wargę.

15 października

Moja Droga... Mam dla Ciebie list, jest jeszcze ciepły, bo świeżo napisany i taki pulsujący żywym ogniem. Na nasze powitalne spotkanie ubiorę czarną sukienkę, jakiej jeszcze na mnie nigdy nie widziałaś, myślę, że spodoba Ci się i razem pójdziemy na długi jesienny spacer. Nazbieram dla Ciebie trochę natury i opowiem Historię, której Wizje wybuchają mi przed oczami cały czas, nieprzerwanie - muszę Ci to opowiedzieć, Ty zrozumiesz i przeniesiesz to na płótno, przeniesiesz ten koszmar.

głos
głos który wabi
głos który odpycha
głos który mięśnie napręża
opowiada o smagłej powierzchni ciała
o nagłych przegięciach skrętach
zdławiony milionem pocałunków
łkający zwierzęcy
głos

[Halina Poświatowska, “Tańcząca Nina”]

Schizofrenia (fragment)

Wzmaga się we mnie piekło, które trudno opisać słowami. Choroba pożera mój umysł i podcina moje delikatne wronie skrzydła. Moje oczy łzawią, a przecież tylko dzięki nim mogłam spokojnie wędrować przez tę ciemną dolinę utrapień i boleści. Co bez nich pocznę, kim się stanę w tej matni? Wokół mnie niezrozumiałe rozmowy zawieszone w wilgotnym mroku, które staram się odszyfrować, złamać ich złowrogi kod. 

(fragmenty z mojej Duszy)

Czasami, gdy długo nie mogłam zasnąć moja ukochana siwiutka jak śnieg babka opowiadała mi historię pewnej Starej Kobiety, która pomimo lat i liniejącej skóry nie mogła umrzeć. Coś ją trzymało pomiędzy żywymi, jakieś niewidzialne ręce, może Boga, nie pozwalały jej wymknąć się z obumierającego ciała i ulecieć smugą mgły w połacie nieba. 

Niewiele o niej wiadomo, może tylko to, że nocami jej kochankiem był Księżyc - kochała się z nim długo i namiętnie, aż spod przymkniętych powiek wyiskrzały się łzy czułości. Wokół jej ciała roztaczała się woń kasztanów i jesieni, zmieszana z nutami ziół i kadzideł. Pachniała śmiercią.

Jej umierające ciało zdobiły jedynie czarne tkaniny, innych kolorów nie nosiła, choć w szafie zalegały zatęchłe koronkowe białe sukienki, którymi przyozdabiała się za dawnych czasów, czasów których już nie pamięta, jakby wszystko pokryło się zielonkawym szronem i broniło dostępu do wspomnień. Nieskazitelna, jasna krew jej kości przebija przez te ciemne całuny i świeci delikatnym, obcym światłem. Na jej kolanach ułożony jest maleńki, stary modlitewnik, który pomiędzy stronami trzyma ukryte liście i delikatny pył słów.

Nocą wstaje, by przejść się raz jeszcze po ogarniętym mrokiem pokoju na poddaszu i zasłonić lustro, z którego wydaje jej się, że słychać głosy. Są noce, podczas których ta sczerniała ze starości tafla lustra nie daje się przysłonić, a wtedy z jej wnętrza wyłaniają się senne widziadła, które dobierają się do jej głowy i mącą w niej tak długo, aż traci zmysły.

Modlitwy przestały nieść spokój i ukojenie. Kruche dłonie nie wytrzymywały ciężaru różańca. Z piekieł odzywały się głosy, z którymi dialogowała długo na jawie i we śnie. Nie pamiętała swojego imienia, ale w listach adresowanych do niej z różnych stron świata widniało Laura, Camilla, Smutna Dziewczynka, Anioł. Nie wiadomo, które z tych imion było jej prawdziwym.

Gdy babka skończyła opowieść postanowiłam wziąć kartkę papieru i napisać list do tej tajemniczej kobiety o stu imionach.

Czy kiedykolwiek mi odpowie?


(fragmenty baśni o skruszałej czarownicy i jej osmolonej skórze)

Stara kobieta, która przez większość życia mieszkała w samotności na strychu w jej małym, zapajęczonym pokoju zaczęła w szaleństwie swoim rzucać złe uroki na okolicznych mieszkańców i ich nowonarodzone dzieci. Wyczuwały to zwierzęta, które podchodziły pod progi jej domu i skowyczały głośno do zimnej kości Księżyca, która kołysała się drżąc na czarnym całunie nieba i sprawiała, że cała ziemia wokół oddychała niespokojnie i świszcząco. 

Wszystko stało się w momencie, gdy kobietę o cudownych złotych włosach opuścił jej Ukochany Mężczyzna. Pewnego dnia po prostu wyszedł i już nie wrócił. Mijały dni i noce, miesiące i lata, kobieta coraz dalej posuwała się w szaleństwie, robiąc krzywdę swojemu ciału, nacinając je w wielu delikatnych miejscach i wypuszczając na światło rdzawe koraliki krwi. Te koraliki chwytały w dzioby wszechobecne wrony i roznosiły je po okolicznych domach wieśniaków. Oni, nieświadomi tego, co kryje się za tym znaleziskiem, chowali koraliki do szkatuł albo do kieszeni, sprowadzając tym samym nieszczęście na ich domy i rodziny.

Rośliny zaczęły umierać. Obumierały całe ogrody, drzewa nie chciały wydawać na świat owoców ani kwiatów, zdychały ptaki, które z tęsknoty na wonią kwitnących krzewów róż, podcinały sobie gardła o żywopłoty, a grząska ziemia powoli wsuwała ich małe ciała do siebie, otulając je drobnymi kamyczkami i zeschniętymi winoroślami. 

Kobieta miała na imię Maria, ale ludzie nazywali ją Starą Wiedźmą, Niespokojnym Widziadłem, które nie ma odbicia w lustrze, a zamiast grzebienia używa do czesania jedynie zgrabiałych, kościstych palców.





14 października (samotne godziny)

Dlaczego w ludziach jest tyle zła? Dlaczego nie pozwolą drugiej istotce na to, by w zaciszu własnego świata mogła pisać słowa do Ukochanej Maleńkiej Dziewczynki? Przecież ja też potrzebuję swojego skrawka świata, swojego bezpiecznego miejsca na słowa i wiersze, na baśnie, które jak nić pajęczą chciałabym snuć dla Was, moje Kochane Duszyczki. Jest we mnie tak wiele historii, które potrzebują spisania, bo inaczej oszaleję, stanę się starą, siwiejącą wariatką.

Nie poddam się. Jestem maleńka i krucha, ale siła wiary i nadziei jest ogromna.


edit:

Jestem silna! Nie pozwolę, by złe serce jakiejś obcej dziewczyny targnęło się na moją wrażliwość i moje baśnie. Ludzie powinni nauczyć się szacunku do drugiego, pozwolić sobie na bycie czułym i dobrym.

14 października (ogarnia mnie szaleństwo)

Przez zaparowane szyby przebłyskują do mnie twarze obcych ludzi. Jestem przerażonym ptakiem, który usiłuje wydostać się z czarnej matni obłędu. Uderzam o blade ściany pokoju i cała aż drżę. Moje serce rwie się do rąk ukochanej Maleńkiej Dziewczynki, bo tylko ona jedna potrafi przynieść mi ukojenie i bezbrzeżnie dobry sen. 

Moja kochana, Najdroższa, moje Ptaszątko, które codziennie zaparza mi ciepłej herbaty z miodem i całuje moje kruche nadgarstki. Dzięki niej wszystkie fragmenty mojego ciała trzymają się kości, bez niej rozsypałabym się na dziesiątki, miliony kawałeczków, które wiatr rozsypałby po świecie na pożarcie psom i wilkom. Co by ze mnie zostało? Chyba tylko ta wątła duszyczka, która jak zabłąkany ognik szuka bezpiecznych rąk, w których mogłabym znaleźć ciszę i spokój letnich wieczorów. 

Muszę pójść dzisiaj na cmentarz. Zabiorę tam ze sobą moją małą Kruszynkę. Obie usiądziemy na naszej tylko ławeczce i będziemy przeglądać atlasy ptaków, które dla nas kupiłam. A potem otulimy się jednym wełnianym szalem i będziemy szeptać pośród grobów i wiecznej, zatrutej ciszy. 

Chciałabym obudzić się kiedyś w jakimś pięknym miejscu, z daleka od koszmarów i nieprzespanych nocy, z daleka od tych głosów w głowie, które nie dają mi spokoju i sprawiają, że powoli staję się wariatką, którą ludzie omijają z daleka. 

Jak osiągnąć spokój i szczęście? Czy wystarczymy sobie dwie? Czy zawsze już będziemy się ochraniać, jak zmarznięte pisklęta? Czy nasze gniazdo przetrwa burze i nawałnice?

Jestem taka drobna i krucha. Moje serce zatrzasnęło się jak stara pozytywka, której nikt dawno nie ogrzewał w dłoniach, nie słuchaj jej smutnej melodii o umieraniu.



(do Najdroższej)

Czarna matnia rozprzestrzenia się w samym środku mojej chorej głowy. Bawię się łupinkami po kasztanach a szeleszczące liście w kolorze rdzawej krwi wplątują się w moje kręcone włosy. Nie potrafię odstąpić od tej mgły na ciele i w oczach - to silniejsze ode mnie. Mój Drżący Ptaku, moja Malutka Dziewczynko, zabierz mnie ze sobą na nocny spacer. Ubierzemy suknie w kolorze zimnego węgla i wronich piór, pomalujemy usta na bordowo. W Twoim świetle przeglądają się umarli, zagubione dusze, które szukają drogi do miejsca bezpiecznego. Zakochałam się w Twoich Delikatnych Dłoniach, które prowadzą mnie co noc przez ciemne całuny nieba i koją moją drżącą Duszę.

(powoli noc)

Dziś znów wędrowałam po cmentarzu. Choć starałam się obiecać sobie, że nie stanę znów nad jego grobem, to jednak nie wytrzymałam i jakby jakaś niewidzialna siła pchała mnie alejką prosto w jego martwe ramiona. Mój najdroższy, umiłowany Chłopcze, który zostawiłeś mnie po środku zimy i trzaskającego wiatru, tak bardzo tęsknię za naszymi późnowieczornymi rozmowami, za Twoimi słowami, którymi wygładzałeś moje zlęknione wnętrze. Podczas Twojej nieskończonej nieobecności zamieniłam się w wiedźmę. Mówią o mnie, że jestem wariatką, bo chodzę ubrana jak wrona, a palce u moich rąk zaczynają przypominać ptasie pióra. Moja skóra pachnie teraz kadzidłami i jesiennymi olejkami, które wywołują z grobów głodnych miłości zmarłych. A ja częstuję ich sobą, bo jest we mnie cały ocean czułości i dobra, który potrzebuje obdarzać inne Duszyczki miłością i ciepłem. 

Jesień tego roku pachnie złowrogo i boję się, że któregoś dnia położę się na Twoim grobie i już go nie odstąpię, aż ciemne rośliny i mgła rozłożą moje ciało na popiół i wsypią go w Twoje usta.
Anioły, wysłuchajcie moich modlitw...


(wiersz dla Najdroższej)

ubieram drżenie Twoich rąk
w ciepło mojego spokoju
który wyhodowałam dla Ciebie
tej jesieni, w najczarniejszej
nocy

z Twoich loków sypie się 
popiół, który wyjadam
palcami jak najsłodsze
trucizny

jesteś moją Przepowiednią
spełniam się przez Ciebie

(słowa przepływają tak szybko, trudno uchwycić je wszystkie na raz, dlatego te strzępki)

Śniło mi się, że byłam duchem, najczystszą Zwidą, która jak nocny ptak przysiadała na Twoim nagim ciele, krążąc wokół szklistych bioder i delikatnie liliowych piersi. Patrzyłaś na mnie przez lekko uchylone powieki, widziałam to. Twoja skóra drżała od oddechu moich wronich piór, którymi jak płaszczem rozpościerałam mrok nad Tobą. 

Czy jeszcze o mnie myślisz, Najdroższa?

Pamiętasz, jak ofiarowałaś mi swój kosmyk włosów? To było w listopadzie, na cmentarzu, na naszym ukochanym cmentarzu Rakowickim. Pachniałaś jak kasztany w deszczu, nie mogłam uwolnić się od patrzenia na Twoje lekkie ruchy, na cienie Twoich rzęs, na których zatrzymywały się krople rosy i pierwsze wschodzące tamtego wieczoru gwiazdy. 

Wciąż czuję smak Twoich pocałunków na moich ustach i nadgarstkach.


13.10.2015 (prawie wieczór)

Nocami... karłowate cienie na ścianach mojego zadymionego pokoju. Księżyc krwawi sino i przeraźliwie zimno. Jest tak zimno, że aż trudno przekladać kartki, choć chciałoby się zlęknioną głowę ukołysać dobrymi baśniami i zamorskimi opowieściami o duchach i rękach, które nie krzywdzą. To wszystko przepływa przeze mnie jak wzburzona rzeka, odbija się falami od brzegów mojego serca i tętnic, łomocze jak ptak zatrzaśnięty w klatce strachu. Rzeczy wokół mnie są ciemne i surowe, ich faktura przypomina chłodne pajęczyny, które jak nietoperze wplątują się w złote loki i barwią je na kolor śmierci i grobowych ziem. 

Obsesja za obsesją. Tym jestem. 

Gdzie mi się zgubiłeś cudowny medaliku z Mateńką Boską? Czyżbym aż tak była grzeszna i godna potępienia, że nawet Ty odwracasz ode mnie wzrok?


(fragmenty)

Krwawy Księżyc. Ciało porastają jego malutcy bliźniacy - drobinki siniaków i splecionych ciasno tętnic. Wszędzie porozrzucane pajęcze sukienki, które pragną ciała kobiety. Mojego ciała. Ale moje ciało zastygło już dawno temu. Nie dotyka go żadna dłoń, atłas i marmur kaleczą go w najczulszych miejscach. Za oknem deszcz, który spokojnym szumem powoli nuci kołysankę. Targają mną obsesje. Wielkie łąki, pełne suchych już kwiatów i wysokich traw, sine cmentarze, dzikie zwierzęta... Te obrazy powracają do mnie w snach i Wizjach, chciałabym się od nich uwolnić. Tak bardzo się boję..